Świat traci kontury. To, co wczoraj było ostrą, białą definicją zimy, dziś zamienia się w mokrą plamę. Panta rhei w wydaniu łódzkim – wszystko płynie, odsłaniając brudną, brunatną prawdę ziemi, która zbyt długo udawała niewinność.
W słuchawkach Sakamoto uderza w klawisze precyzyjnie, ale z niezwykłą subtelnością. Płyta z 2009 roku. Polecił mi algorytm i nie mógł lepiej trafić, bo ta muzyka to doskonały opis topniejącego śniegu – jest minimalna, krystaliczna, pełna przestrzeni i tej japońskiej melancholii mono no aware (zachwytu nad przemijaniem). Między jedną a drugą nutą jest tyle samo ciszy, co między tymi czarnymi szkieletami drzew na horyzoncie. Muzyka nie przeszkadza krajobrazowi. Ona tłumaczy go stanowiąc dla niego podkład dźwiękowy. Każdy dźwięk fortepianu to kropla spadająca z gałęzi pomiędzy jedną a drugą ciszą.
Słońce chowa się za chmurami jak za brudną szybą. Nie grzeje, ale daje nastrój. Jest tylko bladym powidokiem - scenicznym reflektorem, który powoli gaśnie, dając znak, że spektakl się kończy. To moment graniczny, w którym nie ma dramatu. Jest tylko spokojna akceptacja przemijania. Opus dla świata, który właśnie zmienia stan skupienia.
Idę. Moje buty zapadają się w resztkach śniegu. Jestem obserwatorem. Dookoła cisza. Taka, w której słychać własne myśli. I ten fortepian. Sakamoto robi w tym albumie coś niesamowitego – bierze swoje "wielkie hity" (jak Merry Christmas Mr. Lawrence czy The Sheltering Sky) i odziera je ze wszystkiego, co zbędne. Zostaje nagi szkielet emocji. Zostaje sama esencja - ja i melancholia w C-moll.
Topnieję.
Dziś krótka impresja, bo wszechświat urządził mi prawdziwą ucztę i chciałem się podzielić. Ale jutro Wesoły Piątek, więc będą dwie nowe scenki dramatyczne. Wracajcie szybko.
Pośród nagich gałęzi,
Jeden czysty ton.

Comments
Post a Comment