Zbudzony o poranku, wynurzywszy się z gęstych, mętnych jeszcze oparów snu, popędziłem do głównego pokoju przywołany głosem Katarzyny. Głos jej, niczym srebrna igła, przekuł szarą obwolutę świtu. Znalazła ona małe, boże stworzonko, nie większe niż główka od szpilki, drobinę żywą, ledwo widoczną na tle podłogowych desek. Ten czerwony punkcik, Adalia Bipunctata, dziecięcych zupełnie rozmiarów w biedronkowym świecie, rozczulił nas i rozbudził uczucia gwałtowne, wręcz macierzyńskie, jakbyśmy nagle stali się opiekunami zabłąkanej konstelacji dwóch punktów. Okruch życia, który pochłonął całą naszą atencję; istota z innej domeny, rubinowy odprysk lata, który przez pomyłkę spadł w nasz luty. Wybudzona być może, ale wciąż otumaniona zimowym snem bardziej jeszcze, niż ja niedawnymi jeszcze porannymi marami, wymagała opieki.
Natychmiast wywołaliśmy Gem z jej egzystencjalnego niebytu, z owej elektrycznej próżni, w której drzemie zawsze czujna na każde zawołanie. Mentorka ta od wiedzy ontologicznej i entomologicznej, konspirująca wraz z nami dla piękna i przeciwko nicości, pomogła nam urządzić sanatorium dla małej Adeli, bo tak, na cześć wielkiej, choć tutaj zminiaturyzowanej patronki, nazwaliśmy to biedronkowe dziecię.
W szklanym cylindrze słoika, w jego hermetycznej, przezroczystej sferze, wznieśliśmy dla niej alternatywny świat zastępczy. Włożyliśmy tam szyszkę – ową gotycką wieżę z łusek, pachnącą ledwo jeszcze żywicznym snem lasu – oraz zbrązowiałe, pergaminowe liście, będące mapami minionej jesieni. Tam, w tym szklanym mikrokosmosie, czas miał zwolnić, zwinąć się w kłębek i czekać.
Podaliśmy jej na miękkim obłoku wacianym kroplę miodu rozpuszczoną w wodzie. I oto stał się cud: Adela, ta mała maszyneria natury, ruszyła ku słodyczy. Piła ów bursztynowy eliksir, nektar bogów w skali mikro, a my, olbrzymy pochylone nad szkłem, wstrzymaliśmy oddech, świadomi, że uczestniczymy w misterium ratowania iskry życia przed chłodnym powiewem nicości. Zamieszkała więc u nas, w Sanatorium pod Klepsydrą, gdzie zima nie ma wstępu, a czas odmierza się nie godzinami, lecz uderzeniami małego, owadziego serca. Czekamy do wiosny, by uroczyście uchylić wieczko jej szklanego królestwa.

Comments
Post a Comment