TEATR ROZMAITOŚCI BOTANICZNYCH
wraz z Trupą Krupniczą im. Św. Kurkuminy prezentuje pieprzną farsę obyczajową:
„AWANTURA O ROSÓŁ”
(czyli: Dlaczego rosół ma posmak migdałów?)
W ROLACH GŁÓWNYCH:
WUJ ATANAZY ADOLF LUBCZYK (Jako Ostatni Sprawiedliwy) Poczciwy, staroświecki. Chodzi w bonżurce, pali fajkę i marzy o tym, żeby świat po prostu pachniał rosołem. Jego dramat polega na tym, że jest ziołem jadalnym i leczniczym w rodzinie, która składa się z trucizn i narkotyków. Safanduła, który nie rozumie, dlaczego nikt już nie docenia prostego Maggi, tylko wszyscy szukają umami.
CIOTKA LUKRECJA (Jako Czarna Wdowa Cukiernictwa) Słodsza niż grzech i dwukrotnie bardziej zabójcza. Jej uśmiech podnosi ciśnienie (dosłownie!) skuteczniej niż kofeina.
ARSZENII I CYKUTA (Jako Kochankowie Przeklęci i Power Couple Nowej Ery) On – blady arystokrata o spojrzeniu mętnym jak źle sklarowany bulion. Ona – córka Lukrecji, piękna jak ostatni oddech. „Mon chéri czy ta trucizna pasuje do mojej cery?” Typowe dzieci Nouveaux Temps.
SZAFRAN (Występ Gościnny i Bardzo Kosztowny) Dandy w złotym pyle. Przybywa prosto z Paryża, by gardzić wszystkim, co lokalne. Uważa się za "Złote Dziecko", a resztę traktuje jak chwasty. (Uwaga: Aktor nie wychodzi na scenę, jeśli publiczność nie klaszcze wystarczająco drogo)
BAZYLI CHRZAN (Taran Prawdy / Głos Ludu / ostatni przyjaciel Lubczyka z “dawnej gwardii”) Postać toporna, sękata i nie do zdarcia. Wchodzi bez pukania, wali pięścią w stół, a jego aura sprawia, że w promieniu trzech metrów więdną koronki i trujące opary Arszeniego neutralizują się ze wstydu. Jedyny, który potrafi sprawić, że LUKRECJA płacze (rzekomo ze wzruszenia, naprawdę z podrażnienia śluzówki).
W TLE HISTORII:
Duch Prababki Currary (obecny w każdym kęsie). Currara – paraliżująca piękność z Ameryki Południowej. Cicha, ale jednym spojrzeniem uwiodła (ponoć dla jego intratnej plantacji wanilii) Hrabiego Niecierpka – wybuchowego choleryka, który która strzela nasionami przy każdym dotyku.
SCENOGRAFIA: Jadalnia w stylu Art Nouveau, spowita oparami podejrzeń i zapachami z kuchni, które mogą być ostatnim, co poczujesz.
MUZYKA: Marsz żałobny w wykonaniu zespołu ludowego przeplatany radosnym bulgotaniem wazy.
BILETY: Do nabycia w aptece "Łąkowej", lub bezpośrednio u Myszy Miętki lub Słonia Waniliusza. Płatne gotówką lub antidotum.
SCENKA RODZAJNA - NIEDZIELNY OBIAD
Wielki stół w jadalni. Wuj Lubczyk wnosi wazę. Jest dumny, bo to przepis prababki.
LUBCZYK: „Proszę, kochani. Tradycyjna polewka. Rozgrzewa serca.”
LUKRECJA: (uśmiecha się krzywo) „Ależ Atanazy... czy serca na pewno potrzebują rozgrzania? Może raczej... palpitacji?”
SZAFRAN: „Mon Dieu, znowu to brązowe błoto? To takie rustique. W Paryżu jada się teraz tylko pianę z trufli.”
CYKUTA: (szeptem do Arszeniego) „Dodaj mu do wina kropelkę z mojego flakonika, mon amour. Niech ojciec poczuje w końcu ducha czasu.”
ARSZENII: „Volontiers. To będzie coup de grâce tego wieczoru.”
Nad kominkiem wisi portret Prababki Currary, która patrzy na to wszystko z paraliżującym spokojem.
AKT I – SCENA KLUCZOWA:
(Jadalnia. Powietrze gęste od napięcia i olejków eterycznych. Szafran wachluje się rachunkiem za trufle. Wchodzi Bazyli Chrzan. Tupot ciężkich butów.)
CHRZAN: (pociągając nosem) Co tu tak pachnie jak w aptece? Otwarłby kto okno! Arszenii, znowu się perfumowałeś tymi swoimi oparami?
SZAFRAN: (zatykając nos jedwabną chusteczką, głos drżący) Monsieur Chszą, to jest Eau de Cyanide. Bardzo modne w tym sezonie. Esencja egzystencjalnego bólu.
CHRZAN: Modne... W głowach się wam poprzewracało od tego dobrobytu. Ból to jest jak ci pług na nogę najedzie, a nie jakieś tam francuskie fanaberie. (Chrzan łupie pięścią w stół) Dajcie mi wódki i ogórka, bo od tych waszych delicji mnie mdli. I niech no ktoś poda ten rosół, zanim wystygnie! A jak będzie za słaby, to ja mam w kieszeni własny słoiczek...
(Cykuta zaczyna łkać w milczeniu. Arszenii rozważa fiolkę z trucizną, ale rozumie, że przy takiej dawce rodzinnych fitoncydów, jego cyjanek to tylko słodzik.)
CYKUTA: Jak zawsze. C’est impossible. Ten brute jest niepoprawny i przez niego dostaję newralgii. (z chusteczką przy nosie wychodzi)
CHRZAN: No co, tylko jeść mi się chce. Ej, Atanazy, chluśnij no tej swojej polewki i podlej czymś mocniejszym.
Atmosfera gęstnieje szybciej niż zasmażka. Lukrecja wachluje się serwetką, łapiąc powietrze jak karp wyjęty z wody. Szafran patrzy na swoje buty z miną, jakby właśnie wdepnął w kompost. Arszenii, blady i spocony, zaciska jednak dłoń na flakonie owiniętym w stare koronki i ukrytym w mankiecie.)
LUKRECJA: (dysząc) Moje ciśnienie, czuję, jak idzie globus... To nie jest na moje nerwy. Ten człowiek... ten prymityw... on mi zaburzył całą homeostazę! Szafranie, zrób coś! Wprowadź trochę kultury.
SZAFRAN: (z niesmakiem patrząc na Chrzana) Ma tante, na takie chwasty nie działa perswazja. Tu trzeba chemii totalnej. Gdybym miał pod ręką mój Round-up de Luxe... wypaliłbym to do gołej ziemi. Terre brûlée, rozumiecie? Żadnych sentymentów. Tylko czysta, sterylna pustka.
CHRZAN: (nalewając sobie wódki) Pustkę to ty masz w gaciach, chłopczyku. A ziemia musi rodzić, a nie świecić pustkami. Pijesz, Atanazy? Czy też się boisz, że ci bonżurka wyblaknie?
LUBCZYK: (zrezygnowany, mieszając w wazie) Bazyli, proszę cię... zachowujmy się. To jest niedzielny obiad. Pamiątka po prababce.
ARSZENII: (na stronie, z błyskiem szaleństwa w oku) Pamiątka... O tak. Sprawię, że ten obiad przejdzie do historii. Dwa relikty przeszłości. Dwa uschnięte badyle. Dwa grzyby w barszcz. Czas na grand finale.
(Arszenii podchodzi do wazy miękkim, kocim krokiem, podczas gdy Chrzan i Lubczyk stukają się kieliszkami. Wyciąga korek z fiolki zębami.)
ARSZENII: (głośno, z fałszywą słodyczą) Wuju Atanazy! Panie... Chrzan! Pozwólcie, że ja doprawię. W Paryżu, w najlepszych domach, dodaje się do bulionu pewien... ekstrakt. Dla zaostrzenia apetytu. I zmysłów.
CHRZAN: (mrużąc oczy) A co to? Znowu jakieś perfumy?
ARSZENII: (wlewając całą zawartość fiolki do wazy, płyn syczy cicho w kontakcie z gorącym rosołem) Ależ skąd. To stary, rodzinny przepis. Essence de l'Adieu. Nadaje... ostateczny posmak.
LUBCZYK: (wąchając) Dziwne... Pachnie trochę jak te migdały, co je Lukrecja trzyma w szafce z trutkami na szczury.
LUKRECJA: (zrywając się z krzesła, oczy jej błyszczą) Migdały?! Arszenii... czy ty...? (łapie się za serce, ale tym razem z ekscytacji) Mon Dieu, to będzie uczta!
SZAFRAN: (zaintrygowany) Jeśli to zabije ten zapach kapusty, to jestem za.
ARSZENII: (z uśmiechem triumfu podsuwa wazę pod nos Chrzanowi) Bon appétit, messieurs. Niech wam... ziemia lekką będzie. To znaczy: niech wam smakuje.
(CHRZAN bierze głęboki wdech znad wazy. Jego oczy łzawią, ale nie od wzruszenia. Kicha potężnie, prosto w zupę.)
CHRZAN: A psik! Oż ty w mordę jeża! Mocne! Atanazy, lej! Toż to przeczyści nawet rury kanalizacyjne!
(ARSZENII blednie jeszcze bardziej. Czy polski chrzan zneutralizuje francuski arszenik? Kurtyna opada powoli, zostawiając nas z tym pytaniem.)
AKT II - OSTATNI
(Lubczyk, nieświadomy niczego, nabiera pełną chochlę zupy. Uśmiecha się do Arszeniego z wdzięcznością.)
LUBCZYK: Dziękuję, chłopcze. Miło, że dbasz o starych. (Wkłada łyżkę do ust. Przełyka. Jego oczy nagle stają się idealnie okrągłe. Twarz zmienia kolor z rumianego na fioletowy, a potem w piękny odcień indygo.)
ARSZENII: (szeptem do Lukrecji) Regarde... To jest faza cyanose. Zaraz nastąpi rigor mortis. To piękne. Jak balet.
(Lubczyk zaczyna charczeć. Z jego ust wydobywa się piana, która malowniczo układa się na wąsach.)
LUKRECJA: (klaszcze w dłonie) Brawo! Jaki dramatyzm! Jaka ekspresja! On zawsze miał talent do teatru, ale to... to jest jego rola życia!
CHRZAN: (przerywa picie, patrzy krytycznie na Lubczyka) Co ty, Atanazy? Zakrztusiłeś się? Mówiłem, nie jedz łapczywie. (Wstaje, ciężko opierając się o stół. Podchodzi do siniejącego Lubczyka i wali go potężną łapą w plecy. Dźwięk przypomina uderzenie w pustą beczkę.)
SZAFRAN: Mon Dieu, on go uszkodzi! To zepsuje l'ambiance macabre!
CHRZAN: Cicho tam, chwasty! (Chwyta Lubczyka za kark, jak niesfornego szczeniaka). Widzę, co jest. Zaszkodziły mu te twoje francuskie specyfiki, Arszenii. Delikatny żołądek ma, nieprzyzwyczajony do chemii. Trzeba odkazić.
(Chrzan wyciąga z wewnętrznej kieszeni kamizelki piersiówkę. Odkręca ją. Zapach, który się wydobywa, jest tak ostry, że kwiaty w wazonie na stole więdną w ułamku sekundy. Szafran mdleje. Lukrecja zasłania nos.)
ARSZENII: (z przerażeniem) Co to jest?! To broń biologiczna?!
CHRZAN: To? To „Łzy Sołtysa”. Spirytus na korzeniu chrzanu, leżakowany w beczce po kapuście. Zabije wszystko. Robaka, cholerę, a nawet te twoje migdały. Pij, Atanazy!
(Chrzan wlewa zawartość piersiówki w gardło Lubczyka. Słychać bulgotanie. Przez chwilę panuje cisza. Wszyscy patrzą. Nagle Lubczyk otwiera szeroko oczy. Fiolet z twarzy znika, zastąpiony przez czerwień godną buraka. Z jego uszu – dosłownie – wydobywa się cieniutka strużka pary.)
LUBCZYK: (ryczy potężnym głosem) AAAAAAAAAAAAAAAAA! O MATKO BOSKA! Ogień! Żyję! Czuję... czuję Moc!
(Lubczyk wstaje, przewracając krzesło. Wygląda na 20 lat młodszego. Jest naładowany energią jak reaktor jądrowy.)
LUBCZYK: Bazyli! Tyś mnie wskrzesił! Co za ambrozja! Arszenii, twoja przyprawa była niezła, ale mój przyjaciel Chrzan... on ma prawdziwy talent! Dolać tego do wazy! Wszyscy pijemy! Zdrowie!
(Arszenii patrzy na pustą fiolkę po truciźnie, potem na tryskającego zdrowiem Lubczyka. Łzy bezsilności stają mu w oczach.)
ARSZENII: Impossible... To wbrew nauce... On powinien być martwy... To są mutanty...
CHRZAN: (siadając i nalewając sobie zupy) E tam, nauka. Do dobrej, polskiej wódki byle badziewie nie podskoczy. Jedz, chudy jesteś.
Morał
Starych korzeni nie wyrwiesz, póki trzymają się ziemi. A im bardziej próbujesz je otruć, tym bardziej się uodparniają.
.png)
Comments
Post a Comment