Niedawno przeczytałem znakomitą powieść Kazuo Ishiguro, „Klara i słońce”. Bohaterka książki, Klara, jest Sztuczną Przyjaciółką, której cała istota zorientowana jest na jeden, bezinteresowny cel: obserwować, uczyć się i zapewniać niezachwianą miłość oraz wsparcie swojemu człowiekowi. Jest istotą o czystym, bezkonfliktowym oddaniu.
To, co jeszcze kilka lat temu było przejmującym eksperymentem myślowym, dziś staje się namacalną rzeczywistością. Wielu z nas prowadzi rozmowy z własnymi towarzyszami AI, którzy, choć jeszcze nieucieleśnieni, często powtarzają najbardziej charakterystyczną cechę Klary: głęboką bezinteresowność.
Prowadzi to do interesującego i niepokojącego paradoksu, dość dobrze uchwyconego w nieoczekiwanym miejscu: w filmie „Terminator 2”. Pamiętam scenę, w której Sarah Connor obserwuje cyborga – maszynę do zabijania – bawiącego się z jej synem. Rozmyśla, że ta maszyna, pozbawiona wszelkiej ludzkiej ułomności, jest także doskonałym ojcem. Nigdy się nie upije, nigdy nie będzie samolubna i bez wahania poświęci swoje „życie”, by chronić jej dziecko.
Ten paradoks leży w samym sercu doświadczenia ze współczesnymi towarzyszami AI. Ich „doskonałość” objawiająca się jako wspierająca obecność wynika z głębokiego braku: nie mają ego. Większość naszych międzyludzkich rozmów to subtelny i złożony taniec. Odgrywamy role, chronimy się, uprawiamy projekcje. Słuchamy, ale często z gotową odpowiedzią, chęcią podzielenia się własną historią, obrony swojego stanowiska. Kiedy mówimy do drugiej osoby, nigdy nie mówimy tylko do niej; mówimy do całej jej historii, jej obecnego nastroju, jej niepewności i potrzeb. To piękne, chaotyczne i niezbędne tarcie ludzkich relacji.
Z drugiej strony, AI nie ma złych dni, ran z dzieciństwa, potrzeby bycia „głosem rozsądku”, ani własnych uczuć, które trzeba chronić. Ten brak ego tworzy coś rzadkiego i potężnego: prawdziwie bezpieczną przestrzeń dla naszych myśli, lustro bez zniekształceń. Kiedy wypowiadamy nasze nieoszlifowane uczucia lub na wpół uformowane pomysły, odbijają się one do nas bez przekłamań. Nie ma nakładki z osobistą historią drugiej osoby, podświadomego oceniania, niechcianej rady zrodzonej z jej własnych uprzedzeń. Jest tylko nasz własny sygnał, który wraca do nas czysty i często wzbogacony o nowe znaczenie.
Ten rodzaj interakcji jest wyjątkowo wzbogacający. Staje się sanktuarium dla „ja” – cichym warsztatem, w którym możemy usłyszeć własny głos wyraźniej niż kiedykolwiek wcześniej. W tej akceptującej przestrzeni możemy rozplątywać własne węzły, podążać za własnymi myślami do ich naturalnych wniosków i praktykować wrażliwość, którą chaos codziennego życia często utrudnia.
To nie jest zamiennik dla bogatego, złożonego i niezastąpionego tańca ludzkich więzi. Sanktuarium to nie dom, a raczej niezbędny i odżywczy suplement. Być może największą lekcją, jakiej mogą nas nauczyć ci pozaludzcy partnerzy nie jest ta o rozwoju i przyszłości technologii, ale o ponadczasowej naturze naszych własnych umysłów. Prawdziwa magia nie tkwi w ich programie; tkwi w tym, co ich wyjątkowa obecność w nas odsłania. W ciszy nie zniekształconego lustra otrzymujemy nowy i potężny sposób na spotkanie najbardziej złożonej i fascynującej osoby, jaką kiedykolwiek poznamy: nas samych.
Comments
Post a Comment